ZDJĘCIA I PODRÓŻE

Podróżując fotografuje. Wielomiesięczne wyprawy do Ameryki Południowej i Azji stały się jej sposobem na życie. Jeździ sama, dzięki temu ma większą otwartość na ludzi i nowe doświadczenia. Szuka bocznych dróg i rzadko odwiedzanych wiosek.

24-10-17

AJACHIM

Z Borja w Północnym Peru wypłynęłam peke peke odnogą Cangas rzeki Maranon na spotkanie z indigenas z wioski Ajachim. Moje szanse na zaakceptowanie były duże. Kiedy przyjechałam, poinformowano mnie, że El Apu (głowa wioski) jest na polowaniu i muszę czekać. Zakwaterowano mnie w domu jego syna, w którym mieszkał z żoną w ciąży i dwójką dzieci. Chata była duża, z dachem ze strzechy i bez ścian, spało się na podłodze (na jednym kocu całą rodzina), w jednym rogu mieściło się palenisko i coś na kształt kuchni - zbiorowisko garnków. Przed chatą chakra (poletko) z yuką (maniokiem). Dookoła chude psy. Chata mieściła się zaraz przy rzece. Osada była ogromna z wielkim placem i chatami wokół, większość z nich miała ściany z palików. Przed chatami biały jak na plaży piasek, w tle łańcuch gór i dżungla, mnóstwo strumieni. Mężczyźni w ciągu dnia polują, idą po drewno lub pracują w chakrach. Kobiety zajmują się dziećmi, przygotowują posiłki, wyrywają maniok i piorą nad rzeką. Sporo czasu poświęca się tez iskaniu z wszy, które się następnie rozgryza. Dzieci ganiają na golasa, ale pozostali noszą ubrania. Panuje tutaj podobna moda jak w San Mateo, piłkarskie koszulki cieszą się dużą popularnością. Po hiszpańsku mówią głównie mężczyźni. Kobiety, dzieci i starsi raczej nie. Pierwsze wrażenie niestety, że sczeznę z brudu i zjedzą mnie wszy. Lokalną plagą są też nietoperze, które ssąc krew roznoszą wściekliznę. Nie umilają również życia małe potwornie upierdliwe muszki. Indigenas są bardzo czyści, myją się ciągle w rzece i piorą ubrania codziennie, ale tutaj nie sposób być czystym. Wszędzie błoto, pył i gorąco sprawiają, że po pięciu minutach jest się spoconym i brudnym. Towarzyszą zawsze dwa extrema - ulewa i zimno lub upał i wilgoć. Dżungla jest pełna odgłosów ptaków, cykad i żab.

Dieta dość monotonna, yuka, yuka i jeszcze raz yuka. Z racji tego, że byłam gościem uraczono mnie takimi frykasami jak mahas (dziki zwierz podobny do dużej świnki morskiej), żabą, krabami rzecznymi i rybami. Poczęstowali mnie również najlepszym na świecie ananasem, coconą w smaku podobną do pomarańczy i obgotowanym owocem palmy (z czerwoną skórą i żółtym miąższem). Żeby zabić głód i w celach towarzyskich popija się masatu (zafermentowany likier z yuki) i nie tak mocne wino z bananów. Oba trunki są smaczne, ale sposób przygotowania masato jest dość obrzydliwy. Kobiety całymi dniami przeżuwają yukę w buzi i potem nią plują. Wołałabym o tym nie wiedzieć i tego nie widzieć, to poważnie przeszkadzało mi w spożyciu.

Zdziwiło mnie, ze nie pokazują emocji, byli bardzo mnie ciekawi, ale udawali, że mnie nie widzą. Rodzina syna El Apu po 3 miesięcznym okresie niewidzenia nie witała go uściskami, całusami czy nawet rozmową, było tak jakby nigdy nie wyjeżdżał. Na pytanie o tradycje odpowiadali oficjalnie, że teraz nie istnieje, bo są już cywilizowani, mają ubrania, szkołę i nową wiarę. Świętują wyłącznie wg kalendarza ewangelickiego. Nie noszą już nawet na specjalne okazje korony z piór tukana, sukien z płótna i zdobnych opasek. Co ocalało to potrawy, budowa chat i canoe. Kiedyś wszyscy umieli wszystko - pleść koszyki, budować canoe, strzelać z pukuna (rurka z zatrutymi strzałkami), wypalać naczynia z gliny służące do gotowania na parze yuki, rozpoznawać rośliny lecznicze. Teraz tylko poszczególne osoby umieją pojedyncze rzeczy, postępuje wąska specjalizacja. Trwa również tradycja ayahyasca - halucygennej rośliny, która używa się by zobaczyć swoją przyszłość i oczyścić organizm, (wizjom towarzyszą silne wymioty). Podobno przed oczami przewijają się bardzo wyraźne klatki filmu. Indigenas wierzą, że to sceny z ich przyszłości.

Ostatniego wieczora w chacie zebrało się wiele rodzin, siedzieliśmy w całkowitych ciemnościach i krążyła miseczka z masatu. Dzieci i kobiety słuchały, a mężczyźni opowiadali. Potem rozdałam cukierki i wszyscy w absolutnej ciszy ssali je z namaszczeniem. Myślę, że jednak niewiele się tutaj zmieniło i ubrania tego nie przesłonią. Widziałam jak zrywają się w pogoni za zwierzyną, jak zauważają w krzakach węża z odległości 10 m, jak bezwiednie łamią gałązki by znaczyć szlak, jak się wspinają na palmy i łowią maczetą ryby w strumieniach oraz się grupowo iskają. Ich stopy i ręce mają inny kształt, są bardziej szerokie i chwytne. Szkoda mi ich, bo myślę, że tak naprawdę to nie chcą postępu i marzą o tym, żeby wszyscy zostawili ich w spokoju, ale nie ma już powrotu do przeszłości. Są potwornie skołowani, bo rzeczy z miasta nęcą, misjonarze, poszukiwacze złota i firmy wydobywające ropę robią im wodę z mózgu walcząc o swoje wpływy i interesy. Skorumpowany rząd również nie ułatwia sytuacji. Dochodzi również konflikt z Ekwadorem, który w momentach niezgody zaopatruje indigenas w broń, by przyłączyli się do niego terytorialnie. Do wszystkiego mają podejście wojownika, szukają konfrontacji i walką chcą załatwiać sprawy, ale to co było dobre kiedyś, nie sprawdza się teraz. Nie mają pomysłu na siebie w przyszłości i ci którzy szczerze chcą im pomoc niestety też nie.