ZDJĘCIA I PODRÓŻE

Podróżując fotografuje. Wielomiesięczne wyprawy do Ameryki Południowej i Azji stały się jej sposobem na życie. Jeździ sama, dzięki temu ma większą otwartość na ludzi i nowe doświadczenia. Szuka bocznych dróg i rzadko odwiedzanych wiosek.

10-10-2017

CHIPAYA- LUD Z WODY

Przemiły staruszek opowiedział mi oto taką historię. Lud Uru Chipaya podobno jako pierwszy zamieszkiwał andyjską Boliwię i Peru. Ma unikalny język nie podobny do Quechua czy Aymara, odmienne zwyczaje i stroje. Być może im pozostałe ludy zawdzięczają wiarę w Pachamama. Nie mający w zwyczaju walczyć uciekali przed agresywnymi Quechua i Aymara i zawędrowali na wyspę po środku ogromnego jeziora. Dzięki woli Bogów wody wyschły i Chipaya miało do dyspozycji płaskowyż ciągnący się po horyzont. Przyszło im żyć w bardzo niewdzięcznych warunkach. Temperatura może spadać 20 stopni poniżej zera, w dzień pali słońce, a pod wieczór przychodzą gwałtowne burze. Pioruny rozświetlają całe niebo. To jak przedstawienie dźwięku i światła powtarzalne, ale za każdym razem wyjątkowe. W porze suchej jest za sucho, a w porze deszczowej za mokro. Nie ma drzew, ani żadnej innej roślinności prócz bardzo niskiej trawy. Wiatry hulają i urywają głowę, nabierają zawrotnych prędkości, bo nie ma nic co by mogło je powstrzymać. Ziemia impregnowana jest solą i jak się idzie to chrupie pod nogami. W przeszłości jedynym źródłem pożywienia były rzeki i laguna. Ludzie jedli ryby i glony oraz polowali na flamingi. Nazywają siebie ludem z wody. Z czasem opanowali sztukę uprawy quinua (rodzaj kaszy) i zaczęli hodować świnie, owce i przede wszystkim lamy. Są pół nomadami przemieszczającymi się w poszukiwaniu pastwisk. Słynną z unikalnych konstrukcji domów. Z racji na pogodę i ludzie i zwierzęta mają swoje chatki. Gospodarstwo składa się z owalnego jednoizbowego domu bez okien krytego trawą, gdzie śpi cała rodzina na klepisku przykrytym piórami kaczek i skórami owiec. Obok mieści się druga konstrukcja w kształcie stożka z paleniskiem, pali się odchodami zwierząt. Mały domek dla świń i zagroda dla lam. Ponieważ Chipaya wędrują, a w tym klimacie nie da rady bez dachu nad głową, mają po dwa trzy takie gospodarstwa porozrzucane po równinie. Jest więc więcej domów niż ludzi. Domy buduje się z bloków ziemi i gliny, z daleka wyglądają jak kopce mrówek, a z bliska jak igloo. Podobno są bardzo ciepłe, brak okien i małe drzwi zawsze zwrócone na wschód gwarantują ochronę przed chłodnymi wiatrami. Podróż do Chipaya to jak podróż w czasie. Wieś odizolowana jest barkiem transportu publicznego.

Moim oczom ukazała się wieś jakby podzielona na dwie części. Pierwsza to centrum z kościołami, nowa przychodnia, sala gimnastyczna w budowie, szkołami i chatkami dla turystów. Jest więcej otwarta na nowoczesność i patrzy w przyszłość. Budynki użytku publicznego ufundowane są z rządowych pieniędzy i są ponad miarę tego miejsca. Kafelki, łazienki, sprzęt medyczny, ale przerwy w dostawie wody i elektryczności uniemożliwiają ich użytkowanie i przysypuje je pył. Wyróżniają się znacząco spośród bardzo biednych i prostych chałup. Tutaj widzi się więcej młodych noszących się amerykańsko made in China. Pozostała cześć to rozrzucone domostwa w starym stylu, gdzie ludzkie zajęcia nie zmieniły się od wieków. Mieszkańcy noszą tradycyjne stroje, utkane z owczej wełny w naturalnych kolorach, mężczyźni mają kolorową czapkę z czubkiem, nausznikami i na to kapelusz. Kobiety okutane są w specjalny sposób zwinięty materiał, spod którego wychodzą niebieskie rękawy koszuli, na głowie upięta w stożek chusta. Spod chusty wystają dziesiątki warkoczyków schodzących się w dwa większe warkocze połączone na końcu. Tutaj dominuje tradycja i przeszłość. Wciąż wierzy się w Pachamamę i składa się jej ofiary. Tak jak kiedyś poluje się grupowo na flamingi przy pomocy liwi. To trzy kamienie umocowane na sznurkach, które schodzą się w jeden ze spławikiem. Rzuca się tym w ptaka na odległość 100 m. Chłopcy zaczynają zgłębiać tę sztukę w wieku 8 lat. Buty do Chipaya zawitały w jakiś latach 60, wcześniej przed mrozem i wiatrem nacierano ciało tłuszczem flamingów. Miejscowy doktor powiedział mi, że quinua, mięso (0% cholesterolu) i szpik z kości lamy to super dieta, która pozwala mieszkańcom uniknąć chorób serca, nadciśnienia, nowotworów i cukrzycy. Co im doskwiera to przeziębienia i reumatyzm. Staruszkowie mają zęby, mimo, że higiena nie jest tutaj mocną stroną, łysiny nie uświadczysz, a siwizna jest rzadkością. Wędrując po równinie nie widzi się ludzi, jakieś poszczególne osoby ze stadami lub na rowerach, reszta pochowana w domach. Odległości są ogromne. Brak transportu nie ułatwia życia. Dzieci zabijają czas brodząc w kałużach.

Zostało jakiś 1500 Chipayas i mam jedynie nadzieję, że to nie są ostatnie podrygi tej kultury. Kiedyś obowiązywał zakaz mieszanych małżeństw, obecnie został zniesiony. Rzeki od 4 lat wysychają i nie dostarczają już tyle pożywienia co przedtem. We wsi nie ma możliwości zatrudnienia, więc młodzi jadą do Chile za pracą. Głównie zajmują się rolą i nie wracają z emigracji. Staruszek powiedział, że jego synowie mieszkający w Chile są teraz czyści i grubi. Jestem im wdzięczna, że w tym miejscu udało mi się zatrzymać czas na chwilę, będę tęskniła za ciepłem i serdecznością tych ludzi i podziwianiem burz.