ZDJĘCIA I PODRÓŻE

Podróżując fotografuje. Wielomiesięczne wyprawy do Ameryki Południowej i Azji stały się jej sposobem na życie. Jeździ sama, dzięki temu ma większą otwartość na ludzi i nowe doświadczenia. Szuka bocznych dróg i rzadko odwiedzanych wiosek.

18-09-2017

DAYAK

Znowu postanowiłam odwiedzić krainę bez Internetu i sygnału komórkowego. Chciałam zobaczyć czy rzeczywistość przystaje do Borneo moich marzeń. Przemieszczanie się po Indonezyjskiej części wyspy zwanej Kalimantan nie było proste.

Podróż w górę rzeki rozpoczęła się z Tanjung Selor, skąd wydostałam się motorówką (3 godz.) do Long Peso. W Long Peso okazało się, że transport może będzie za 3 dni. Potem łodzią towarową zwaną tutaj long boat z pięcioma motorami, które walczyły z prądem rzeki na pełnych obrotach przez 10 godzin w równomiernie i bez przerwy lejącym deszczu dostałam się do Long Pujungan. To ostania większa miejscowość gdzie jest jeszcze kilka sklepów i elektryczność z generatorów co wieczór.

Na tablicy w hotelu na ścianie wisiały 4 zdjęcia z 6 turystami, którzy odwiedzili to miejsce pod opieką Mr Hendry. Próbowałam ustalić gdzie jest ten pan, ale niestety wyjechał. Znaczącą postacią, która odmieniła mój los, był żołnierz Major Sjati. Został wysłany z misją, żeby zdobyć jak najwięcej informacji o tym jak się wydaje bardzo ważnym strategicznie regionie, ale reszta to top secret.

Postanowiliśmy wyruszyć w dalszą podróż razem. Korzyść była obopólna, dzieliliśmy się kosztami, on był moim tłumaczem, a ja jego przykrywką ułatwiającą szpiegowanie, bycie z turystką usprawiedliwiało zadawanie tak wielu pytań i robienie tak wielu zdjęć.

Rzeka od Tanjung Selor do Long Jelet miała wiele oblicz. Najpierw była rozległa z wieloma miejscowościami, potem stawała się coraz węższa i bardziej rwista z niewielką ilością wiosek. Na brzegach rzeki jak rany otwarte miejsca po wypaleniu dżungli przeznaczone pod pola, wycięte całe połacie lasu, ścięte drzewa gotowe na spływ, głośne koparki stopniowo zastępowała gęsta dżungla, byliśmy coraz bliżej wzgórz. Rzeka pełna wody, trudności jak na raftingu (co najmniej kategoria 4), wiry, progi, wszędzie się ulewa i przelewa, im bliżej gór tym płyciej i głazy, czasami wysiadaliśmy i szliśmy brzegiem, bo prąd za ostry, a motorniczy zmagał się z falami.

W Long Jelet przywitała nas para starszych ludzi Laing i Liwan i zaprosili do swojego domu. Dom wciąż tradycyjny, wniesiony na płach, z dachem pokrytym liśćmi palmy, zamiast okien otwierane deski, w środku dwie izby, jedna to sypialnia, gdzie leży się na matach, a druga to kuchnia i miejsce spotkań, gdzie siedzi się na podłodze, w rogu wielkie palenisko i skład drewna. Pod dachem poukładane kosze tkane z ratanu, na ścianie typowe trójkątne kapelusze dajackie, oraz torby zrobione z bambusa, pochwy na meczety i noże, sieci na ryby. Wszędzie domowe zwierzęta kaczki, kury, koty i psy. Każdy właściciel ma z 15 psów. Często na rzece widzi się łodzie wypełnione psami, to Dajak w drodze na polowanie. Ugoszczono nas ryżem zawiniętym w liście bananowca, opiekane ryby prosto z rzeki, starte liście paproci, maniok i pędy papai. Na deser młody kokos. Jedzenie palce lizać. Potem udaliśmy się na zwiedzanie wioski. Drewniane domy pomalowane na biało i niebiesko ofiarowane przez rząd wymieszane są z tradycyjnymi chatami, pomiędzy nimi dwie wybudowane ścieżki - dar od Holendrów z poczuciem winy. Przez rzekę prowadzi wiszący most na pola manioku i ryżu. W Long Jelet mieszkają głównie Dajak Kayanh, razem 17 rodzin. Niektóre z nich zostały przesiedlone z głębi dżungli w imię lepszego transportu i dostępu do edukacji. Podobno w pobliskich wzgórzach już nikt nie mieszka. Szkoła, kościół protestancki, boisko i prąd 2 razy w tygodniu. W niedziele włączony jest generator ze względy na mszę, żeby puścić muzykę i drugi raz przez kilka godz. wieczorem, żeby oglądać TV. Kiedy nie ma prądu używa się lamp oliwnych, wciąż się gotuje na paleniskach. Czasami wśród starszych Dajaków spotyka się tatuaże na rękach i na nogach oraz długie uszy. Ostatnie długie uszy w Long Jelet zostały obcięte przez lekarza.

Poprosiłam moich gospodarzy, żeby pokazali mi dajackie stroje. Pod urokiem chwili zaczęli tańczyć z piórami, taniec naśladował ruch ptaka. Zarówno mężczyzna jak i kobieta mają nakrycia głowy, mężczyzna z piórami, kobieta ozdobione koralikami. Stroje są bogato udekorowane charakterystycznymi motywami kwiatowymi wyszytymi z cekinów. Czułam się bardzo wyróżniona, bo to rzadki obrazek, chyba, że się za to zapłaci na zorganizowanym wyjeździe. Podobno wtedy prezentowana jest mieszanka różnych tańców, żeby zwiększyć widowiskowość, a to było takie ich dajackie i co najważniejsze niewymuszone.

Pewnie chcecie wiedzieć, po co fatyguje się na taki koniec świata. Głównie dla nieskażonej przyrody, ale również dla nieskażonych emocji, które są nieprzekalkulowane, niepokrętne, ale wprost, uczciwe i szczere. Jak uśmiech to od ucha do ucha, na pożegnanie prawdziwe łzy. Laing i Liwan pamiętają wszystkich turystów, którzy ich odwiedzili i mimo, że bariera językowa jest nie do przebycia, to czujesz się w ich towarzystwie porostu dobrze.