ZDJĘCIA I PODRÓŻE

Podróżując fotografuje. Wielomiesięczne wyprawy do Ameryki Południowej i Azji stały się jej sposobem na życie. Jeździ sama, dzięki temu ma większą otwartość na ludzi i nowe doświadczenia. Szuka bocznych dróg i rzadko odwiedzanych wiosek.

28 lipca 2017

JEDYNE TAKIE PLEMIĘ

Ekstremalnie trudno, ekstremalnie pięknie

Podczas naszego pobytu w wiosce Wana przychodzili do chaty gdzie spaliśmy. Dzieci i kobiety tylko patrzyły, mężczyźni prowadzili rozmowę, co dziwne, nie zadali nam żadnego pytania, nawet jednego. Może to nieśmiałość, może brak ciekawości, może nie wiedzą, o co pytać. Jak zawsze chciałam wejść do ich głowy i poznać ich myśli. Jabar powiedział, że to bardzo prości ludzie, którzy przyjmują wszystko, co im los przyniesie i żyją wyłącznie chwilą obecną. Planowanie to domena ludzi zachodu. Tutaj żyje się z dnia na dzień. Wana mają w oczach naiwność dziecka i radość istnienia. Są bardzo ciepli i pomocni - mają serce na dłoni.

Wieczorem, kiedy słońce zgasło i siedzieliśmy przy świetle paleniska, szczęśliwi, że mamy dach, bo deszcz lał strumieniami z nieba, gospodarz opowiadał nam o plemieniu, które żyje 3 dni drogi stąd, w górach. Nie noszą ubrań, tylko okrywają się trawą i korą. Plemię jest bardzo agresywne i zabija Wana, jeśli tylko zbliżą się do ich terytorium bez uprzedzenia. Niestety nic więcej nie chcieli powiedzieć. Czyli gdzieś tam jeszcze są „nietknięci” ludzie.

Biały w dżungli to ciało obce - zaczerwienione, oblane potem, pogryzione i podrapane. Wygląda mało apetycznie i podobnie pachnie. Miejscowi za to wyglądają jakby byli nieodłączna częścią dżungli, stopioną z otoczeniem, prezentującym się godnie elementem. Biały z dżunglą się zmaga i walczy, ludzie lasu się jej poddają. Nam również dżungla dała w kość. To tylko trzy dni, ale wróciłyśmy fizycznie odmienione. Idzie się z plecakiem z prowiantem oraz zapasem wody. Najpierw przemierzamy łodzią zatokę morską, żeby po trzech godzinach wpłynąć do kanału rzeki. Łódź zostawia nas na brzegu, dżungla jest gęsta, a ścieżka ledwo widoczna. Niezbędna jest maczeta. Szybko okazuje się, że buty trekkingowe są bezużyteczne - wchodzimy w podmokły teren i idziemy po mokradłach. Po drodze wielokrotnie przekraczamy strumienie. Zmieniam, więc buty na sandały, które ciężko wyciągnąć z mułu. Tak naprawdę żadne obuwie się tutaj nie sprawdza. Zazdrościłyśmy przewodnikowi grubej skóry na stopach. Rośliny są zdecydowanie przeciwko nam. Dużo drzew jest powalonych, wiele pnączy, większość z nich „zaczepna” , uzbrojona w kolce. Bogactwo kolców zadziwia. Duże, małe, zagięte, odgięte, niepozornie zaczepiające się o skórę. Gdy próbuje się je wyjąć to wyrywają mięsko. Kolce są na łodygach i na liściach. Niektóre liście tną jak szable. Nasze odkryte stopy są szybko poharatane, a wymoczone w stojących kałużach szybko się infekują. Komary nas lubią bardzo i repelent z DEET bywa mało skuteczny. Jesteśmy mocno nadgryzione. W nocy robotę dopełniają mrówki, których ugryzienia pozostawiają czerwone, irytująco swędzące - bolące placki. Śmiejemy się z tego z Lią, ale to trochę śmiech przez łzy. Jesteśmy cały czas mokre, bądź z gorąca i wysiłku bądź z ulewnego deszczu. Zasada jest jedna, żeby choć jedną zmianę ubrania zachować suchą na noc. Kiedy leje idziemy bez ochrony w strugach deszczu, jest za gorąco, żeby się okryć.

Koniec wyprawy w skrócie przedstawia się następująco: pierwszy dzień to chodzenie po krzakach i kałużach, drugiego dnia wchodzimy na wzgórza, jest pod górę, po błocie i konarach, a potem w dół po błocie i konarach. Widok na górze odpłaca z nawiązką wysiłek. Widać dżunglę, a w oddali morze z wyspami. Schodzimy ze wzgórz i wchodzimy w płaską równinę pokrytą zieloną trawą, wysoką po pachy. Przed nami góry ze szczytami we mgle. Wśród traw wioska zaraz przy górskiej rzece. Radość z kąpieli przeogromna. Ostatniego dnia dochodzimy do jeziora otoczonego wzgórzami dżungli. Jestem na środku w kryształowo czystej wodzie i czuje się jakby Pan Bóg dopiero stworzył świat. Potem Wana zabierają nas canoe z silnikiem po kanałach prowadzących z jeziora do jeziora, żeby wpłynąć do zatoki morskiej. W canoe jesteśmy w 4 osoby z plecakami. Jest ono bardzo płytkie i wywrotne. Kanały są wąskie, zarośnięte i dużo w nich przewróconych drzew. Płynięcie z szaloną prędkością miedzy konarami dostarcza nam tyle adrenaliny co roller coaster. Zginamy się co chwila w scyzoryk, żeby zmieścić się pod przewróconymi pniami i nie dostać w głowę. Nasz przewodnik o niczym nas nie uprzedza. Jeśli nie jesteś w stanie sam wykombinować co robić i nie masz refleksu to trudno, selekcja naturalna obowiązuje wszystkich. Tak oszołomione wrażeniami dostajemy się do zatoki na większą łódź, która zabiera nas z powrotem do cywilizacji.