ZDJĘCIA I PODRÓŻE

Podróżując fotografuje. Wielomiesięczne wyprawy do Ameryki Południowej i Azji stały się jej sposobem na życie. Jeździ sama, dzięki temu ma większą otwartość na ludzi i nowe doświadczenia. Szuka bocznych dróg i rzadko odwiedzanych wiosek.

22-09-2017

LEMALERA

Lemalera to jedno z ostatnich miejsc na ziemi gdzie ludzie wciąż ręcznie poławiają wieloryby, delfiny, płaszczki, orki i rekiny. Robią to wyłącznie za pomocą harpunów z bambusa zakończonych żelaznym ostrzem. W przeszłości wiosłowano do zdobyczy, teraz wspomaga się silnikiem. Łodzie wciąż są tradycyjne, drewniane. Z racji niewielkiej liczby poławianych wielorybów (ok 20 sztuk rocznie) rybacy z Lamalery zostali zwolnieni z międzynarodowego zakazu połowu tych ssaków i mogą kontynuować swoją ryzykowną tradycję. Uważa się, że tutejsze połowy nie są zagrożeniem dla światowej populacji wieloryba, która liczy około miliona osobników. Wiele osób ginie w czasie walki ze ssakiem, życie zabiera życie.

Wioska położona jest na stoku góry w kamienistej zatoce, gdzie ustawione są wiaty pokryte liśćmi palmy chroniące łodzie, sieci i harpuny. Mimo, że nie jest to sezon na wieloryby 2 tygodnie temu złowiono jednego. Wciąż na czarnej wulkanicznej plaży leżały kości czaszki i reszta stopionego szkieletu. W powietrzu unosił się silny zapach suszonego mięsa, które rozwieszone było na stojakach. Każdy kawałek ssaka jest wykorzystywany, mięso rozdzielane jest miedzy załogę i pozostałych mieszkańców wioski, olej używany jest do gotowania, wnętrzności wymieniane na lokalnym bazarze, zęby przeznaczone na pamiątki dla turystów. Mięso traktuje się z szacunkiem jak największy skarb, całe dnie kobiety je przekładają, układają, żeby jak najlepiej wysuszyć. W ostatnim polowaniu zginał młody harpunista od ciosu ogona wieloryba. Takie wypadki zdarzają się często. Tradycja bycia harpunistą przekazywana jest z ojca na syna. Rybacy maja przepięknie urzeźbione ciała i oznaczają się ogromna silą. Idąc przez wieś widzi się trofea takie jak kości kręgosłupa, czaszki i zęby zdobyczy. Rybacy nie protestują przy robieniu zdjęć, ale paczka papierosów jest wielce doceniana.

Podziwiając reperujących sieci usłyszałam nawoływania: delfiny, delfiny, miejscowi wypatrzyli je przez lornetkę, ludzie zaczęli biegać i przygotowywać łodzie. Zabrali mnie ze sobą. Siłą się wielu ramion łódź została wypchnięta z wiaty do morza i zaczęła się wyprawa trwająca wiele godzin. Ściga się ofiarę aż do skutku, rybacy nie poddają się tak łatwo. Drewniana łódź była stosunkowo mała i bardzo chybotliwa, nabierała wody, więc trzeba ją było usuwać wiaderkiem. W drodze do celu rybacy układali liny i ostrzyli harpuny. Wielokrotnie próbowali zbliżyć się do delfinów, ale te chowały się pod wodę. Łódź musi być na tyle blisko, żeby ugodzić harpunem delfina w momencie wynurzenia. Wydaje się to prawie niemożliwe, a jednak doszło do tego. Harpunista użył siły ciała i z całą mocą skoczył wbijając harpun w 3 metrowe zwierzę. Wdrapał się z powrotem z wody na łódź uciekając przed uderzeniami ogona zranionego delfina. Miałam wrażenie, że zapanował chaos i panika, wszyscy zaczęli się przemieszczać i łapać liny, delfin był na drugim końcu. Potem zastygliśmy w bezruchu z nadzieją, że schodzący w dół nie pociągnie całej łodzi, nastąpiło mocne szarpniecie i na szczęście nas nie przewróciło, ssak płynął teraz w górę, by się wynurzyć i otrzymać kolejne ciosy harpunem. Po paru takich razach delfin słabł i harpunista rzucał się na niego z nożem, żeby przyspieszyć śmierć. Woda robi się czerwona od krwi. Wiedziałam, że go zabiją, ale myślał, że śmierć przyjdzie szybciej, tym czasem po wielu nacięciach nożem, przywiązany do łodzi wciąż walczył o życie przez następne 30 min. Rybacy dziękowali Bogu za udany połów i przyszedł czas na papierosy.

Harpunista cieszy się ogromnym szacunkiem wśród kolegów i uważany jest za bohatera. Po dopłynięciu trwa procedura wyciągania delfina na brzeg linami, cała wioska pomaga. Słychać odgłosy ostrzenia noży i zaczyna się ćwiartowanie mięsa, które jest czerwone jak wołowina, ale podobno smakuje jak ryba. Dzieci smarują się krwią dla zabawy i bawią wnętrznościami. Kobiety myją pocięte mięso w morzu i zabierają do domów, nawet najmniejszy kawałek nie pozostaje na plaży. Wszystko jest sprawiedliwie rozdzielone.

Ocenianie tej tradycji byłoby nie fair z mojej strony, nie jestem wegetarianką i jem mięso, zabicie świni, czy krowy jest równie straszne. Cieszę się jedynie, że nie byłam świadkiem zabijania wieloryba, walka z delfinem była dla mnie wystarczająco krwawym doświadczeniem. Chciałam poznać ludzi którzy mierzą się z największymi ssakami, nie robią tego dla przyjemności, oni wierzą, że to jest jedyny sposób na przetrwanie, ale nie myślę, że wciąż konieczny.