ZDJĘCIA I PODRÓŻE

Podróżując fotografuje. Wielomiesięczne wyprawy do Ameryki Południowej i Azji stały się jej sposobem na życie. Jeździ sama, dzięki temu ma większą otwartość na ludzi i nowe doświadczenia. Szuka bocznych dróg i rzadko odwiedzanych wiosek.

27-09-2017

TINAFUI Z ALOR

Po tak wielu poszukiwaniach moje trudy zostały nagrodzone, wreszcie ich znalazłam, ZNALAZŁAM LUDZI PIERWOTNYCH I NAGICH, (to ostanie nie do końca), nieskażonych przez cywilizacje.

Zaczęło się od rozmowy z lokalnym pracownikiem NGO Marlonem, który powiedział mi o tradycyjnej wiosce w górach. Nie chciał mnie tam zabrać, bo twierdził, że nie dam sobie rady. Męczyłam i męczyłam i tak po nitce do kłębka. Najpierw skuterem przez góry, ale droga fatalna, mnóstwo dziur, kałuż i gliny, jazda zmieniła się w motor cross i w pewnym momencie zwątpiliśmy, porzuciliśmy motor i dostaliśmy się na piechotę do wioski Mataru. Tutaj chwile pełne grozy, czy szef wioski zezwoli na odwiedziny ludu Tinafui. Patrzył na mnie jak na wariatkę, ale zmiękczony orzechami betel zgodził się i przydzielił nowego przewodnika. Pod wieczór dostaliśmy się do wioski. Jak dla mnie było to cofniecie o setki lat. Kilka chat ze ścianami z ratanu i trochę cegieł, w domu klepisko, palenisko i legowisko, na jednej macie śpi cała rodzina, nie ma nawet żadnego przykrycia. Obok tradycyjna chata, a w niej jeszcze mniej, tylko mata i palenisko. Na posiłek rano i wieczorem opiekana kukurydza, do picia gorąca woda, dzieci plączą na mój widok, kobiety chichoczą, nie ma prądu, nie ma bieżącej wody. Jak się okazało z rozmowy ta wioska uważana jest za nowoczesną, co więcej postępowe dzieci odłączyły się od rodziców z lasu by mieszkać bliżej cywilizacji. Oprócz dwóch plastikowych krzesełek, podartych ubrań, jednego zeszytu i długopisu, oraz baniaka z wodą nic nie wskazywało na to, że jakakolwiek nowoczesność tutaj dotarła. Oznaka ucywilizowania była nowa wiara chrześcijańska. Zapragnęłam zobaczyć resztę społeczności, która postanowiła pozostać w lesie w górach. Zostaliśmy więc na noc, by kontynuować następnego dnia.

Od epoki kamienia łupanego dzieliły nas tylko kilka godzin. Był z nami nowy przewodnik – krewny ludzi z lasu, który znał język i ścieżkę. (Tak więc miałam już trzech przewodników). Droga stromym stokiem góry przez dżunglę wymagała przeprawy przez strumień i wspinania się na mokrych omszałych kamieniach. Ścieżka ledwo widoczna, użycie meczety niezbędne, widać, że długo nikt tedy nie chodził. Naszym oczom w końcu ukazały się dwie ratanowe chaty stanowiące centrum społeczności, tutaj mieszka dwóch braci, najważniejsze osoby we wsi, właściciele góry. Pozostałe domy schowane są w lesie. Mieszkańcy żyją rodzinami, jest ich około 12, nie schodzą z gór, mają swojego człowieka do komunikowania się ze światem zewnętrznym. Czasami ludzie z “nowocześniejszej” wioski odwiedzają swoich krewnych i mieszkańcy niżej położonych wsi wymieniają Moko na upolowane strzałą i łukiem dzikie woły i świnie. Do polowania używa się psów. Moko to duże zrobione z brązu bębny zakopane w ziemi Alor. Ludzie, gdy je znajdują wierzą, że to dary od Bogów, ale prawdopodobnie to kupcy hinduscy je tutaj kiedyś przywieźli. Tinafui nie znają pieniędzy i Moko są dla nich największym skarbem, do tego stopnia, że bracia zdecydowali się nie mieć żon, żeby nie płacić za nie Moko. Ci Panowie wolą bębny od kobiet. Na mój widok matka z dziećmi schowała się w domu. Przewodnik wszedł do chaty braci i poprosił o zgodę na moje wejście do wioski. Zostałam zaproszona do domu. I tutaj widok nie z tej czasoprzestrzeni, sędziwi panowie o chudych, ale umięśnionych ciałach, nadzy, tylko z przepaska materiału na biodrach siedzieli w dymie paleniska przyprószeni popiołem otoczeni bębnami Moko. Palili papierosy zrobione z tytoniu i liści kukurydzy. Kazali mi usiąść. Ja się im przyglądałam a oni mi, nigdy nie widzieli białego człowieka, ja nigdy nie widziałam takiej nieskażonej pierwotności. Ich oczy niesamowite, lustro bycia z naturą. Zadali tylko jedno pytanie: po co przyszłam? Co charakteryzuje tych ludzi to całkowity brak ciekawości, ich świat zewnętrzny całkowicie nie interesuje co powstrzymuje rozwój i trzyma ich niezmienionych wśród wzgórz. Zaczęłam zadawać pytania, ale trudno jest pytać, gdy określenia czasu i liczby nie są znane oraz ciężko o porównania. Z czasem dołączyła do nas kobieta z dziećmi, powiedziano nam, że reszta mieszkańców jest w lesie. Poczęstowano nas gotowanymi kolbami kukurydzy. Tinafui wierzą w czarną magię i są animistami. Zachowanie tradycji jest dla nich najważniejsze, jednak dają wolną wolę swoim dzieciom, jeśli te pragną przenieść do “nowocześniejszej “ wioski godzą się na to. Siedziałam tam nie wierząc w realność sytuacji, że wciąż na świecie są takie miejsca i ludzie.