ZDJĘCIA I PODRÓŻE

Podróżując fotografuje. Wielomiesięczne wyprawy do Ameryki Południowej i Azji stały się jej sposobem na życie. Jeździ sama, dzięki temu ma większą otwartość na ludzi i nowe doświadczenia. Szuka bocznych dróg i rzadko odwiedzanych wiosek.

21 lipca 2017

WITAJ W ŚWIECIE WANA

Proste życie Wana

Kolonedale na wyspie Sulawesi w Indonezji to nieszczególne miasteczko, w którym jestem jedyną „bule”, co znaczy wypłowiały, pozbawiony koloru. Dzieci wołają za mną na ulicy „Mr I love you”, nie znając innych słów w tym języku. Chcemy z Lią (moją indonezyjską koleżanką) zorganizować trekking do Rezerwatu Morowali i odwiedzić plemię Wana. Nie możemy uzyskać żadnych informacji o przewodnikach, ale w końcu prowadzą nas do domu miejscowego polityka. To uroczy mężczyzna ze śmiejącymi się oczami, o imieniu Jabar. Jego dom jest skromny, odmówił posiadania samochodu, wciąż jeździ skuterem. To chyba jedyny uczciwy polityk jakiego znam. Przez 20 lat zajmował się ochroną i pomocą plemieniu Wana. Rozmowa z nim jest fascynująca. Założył Towarzystwo Przyjaciół Morowali, bo jako dziecko widział jak Wana przychodzili z lasu z żywicą na sprzedaż i wszyscy ich oszukiwali. Uporządkował turystykę, tak żeby jak najmniej ingerowała w życie plemienia (uregulował ceny i zasady). Przez wszystkie te lata odpierał ataki misjonarzy i wpuszczał tylko rozsądne programy pomocy. Powiedział, że jest świadom, że nie uda mu się ochronić tych ludzi. Nowe przychodzi szybko i jest nieodwracalne, ale chociaż spowolnił ten proces i zaoszczędził im trochę czasu. Odkąd został politykiem nie może się już dłużej zajmować Towarzystwem i powoli piękna idea zmienia się w biznes. Na szczęście niewielu turystów odwiedza rezerwat.

Wana to ludzie lasu wciąż zajmujący się zbieractwem i łowiectwem. Poza ubraniami, tytoniem, kawą, moskitierą, motorem do canoe, plastikowymi kanistrami na wodę oraz talerzami, które są bardziej dla gości niż dla nich oraz muzyką z radia niewiele się w ich stylu życia zmieniło. Ochotnicy przybywali tutaj z chęcią ich wyedukowania i zasiania higieny. Wana są dość odporni, robią co im każą obcy, ale gdy przedstawiciele organizacji pozarządowych odjadą wracają do starych przyzwyczajeń. Niektóre organizacje zniechęcone wycofały pieniądze. Francuzi, żeby ułatwić im życie przysłali generator, który obecnie jest czasami wykorzystywany jedynie do słuchania muzyki. Obawiam się, że nie taka była intencja Francuzów. Była próba wysłania dzieci do szkół, ale wszystkie były nieszczęśliwe i tęskniły za domem. Tylko jeden uczeń ukończył podstawówkę i chciał się dalej kształcić. W małych wioskach rozsianych w dżungli nie ma prądu, szkoły ani lekarza. W dżungli wciąż najbardziej sprawdza się chodzenie na bosaka. Wana są niepiśmienni, maja swój język, ale prawie wszyscy mówią również po indonezyjsku. Nauczyli się go podczas wizyt w mieście, gdzie handlują żywicą i ratanem. W rezerwacie przez cały czas żyje 2500 osób.

Wana wciąż wspinają się sprawnie na drzewa po owoce i miód. Polują z rurki z zatrutymi strzałkami na ptaki, budują pułapki na zwierzęta, zbierają żywicę, z której robią wosk do świec oraz ratan, z którego plotą maty. Z kory drzew budują kosze, z pnia strugają canoe, koło domu uprawiają ryż i maniok tylko na własne potrzeby, w jeziorze harpunem łowią ryby. Są nomadami, którzy co najmniej raz na rok zmieniają miejsce zamieszkania i pozwalają ziemi odpocząć. Opuszczają również chaty, kiedy ktoś umrze. Wioski są nieduże jakieś 4- 5 rodzin. Na polowanie i zbieranie rodziny chodzą w teren oddzielnie. Chaty nie maja ścian tylko podłogę zawieszona na palach, miejsce na palenisko i dach z liści palmy. W chacie mieszka jedna rodzina, zero prywatności, wszystko dzieje się na oczach sąsiadów. Cała rodzina śpi razem na macie, dlatego kiedy jedna osoba zachoruje, infekcja przenosi się bardzo szybko. Wszystkie trzy wioski, które odwiedziliśmy były mocno przeziębione. Wana odmówili lekarstw, wierzą w magie wioskowego szamana, który przenosi podczas ceremonii chorobę na kurę, dmucha w ciało przeganiając zło lub dmucha w wodę nadając jej lecznicze właściwości. Uważają, że choroba, to chora dusza, nie ciało. Nie stosują roślin leczniczych, ale głównie wiarę w moce. Największym problemem jest malaria i gruźlica. Na siedem poczętych przez matkę dzieci przeżywało tylko dwoje. Selekcja naturalna jest tutaj bezwzględna, teraz statystyki się nieco poprawiły. Czasami przypływają do miasta, żeby sprzedać żywicę i ratan, widzą osiągnięcia cywilizacji, ale pozostają przy swoim stylu życia. Mówią, że w mieście jest za głośno i za dużo ludzi, że to nie jest prawdziwe życie. Większość rzeczy, które kupują za pieniądze, okazuje się bezużyteczna w dżungli, która szybko weryfikuje przydatność. Palą tytoń zawinięty w suche liście kukurydzy jak smoki, jeden papieros od drugiego, zarówno mężczyźni jak i kobiety. Kobiety są traktowane na równi z mężczyznami, którzy czasami wykonują tzw. damskie prace i na odwrót.

Wyjątkową kobietą jest Samah, wielce szanowana przez społeczność. To silny charakter wytypowany do handlu w mieście. Samah rozwiodła się z pierwszym mężem, z którym miała jedno dziecko, potem poślubiła drugiego, znacznie młodszego, z którym miała trójkę dzieci. Pierwszemu mężowi wciąż pozwalała mieszkać w swoim domu. Teraz ma już trzeciego męża też młodszego, wszyscy ex mężowie i wspólne dzieci żyją razem pod jednym dachem nie żywiąc urazy. W społeczności dopuszczalne są rozwody, cała wioska się zbiera i decyduje, kto zawinił. Osoba będąca przyczyną rozwodu musi zapłacić karę np. 16 rzeczy takich jak: kura, worek ryżu itp.