NATURA MA WIELE DO ZAOFEROWANIA

EKSPLORUJ Z NAMI WYJĄTKOWE MIEJSCA I PODRÓŻUJ PO NOWO WYTYCZONYCH SZLAKACH.
POZNAJ CIEKAWE kierunki I NIESTANDARDOWE PLANY WYJAZDOWE PRZYGOTOWANE SPECJALNIE DLA CIEBIE.

SŁOŃCE NAD SVANEKE

Darek Raczko

Już starożytni Egipcjanie... No, nie, tak dawno to nie było, ale faktycznie od Średniowiecza drobniusieńki biały piasek z Bornholmu wypełniał klepsydry. Dziś wypełnia głównie stroje kąpielowe wczasowiczów, a wciska się absolutnie wszędzie i to z niemiłosierną precyzją... Zaintrygowany informacją o najdrobniejszym nadmorskim piasku świata, choć plaże nie są wabikiem, na który często daję się złapać, grzęznę w nim idąc na plażę Dueodde. Przez ostrolistne trawy porastające niewysokie wydmy wiedzie też drewniana kładka o długości kilkuset metrów, ale na niej panuje spory ruch: rodziny z wózkami dziecięcymi, niepełnosprawni na swoich skomputeryzowanych wózkach, wreszcie nieodłączny, ruchomy element krajobrazu Bornholmu - rowery. Idę więc bokiem i brnę. Na plaży, o dziwo, dość pusto w porównaniu do ruchu na kładce. Białego, ultra drobnego piasku jest w bród. Plaża szeroka na 100-200 metrów, słońce praży, ale woda już niestety chłodnawa. Trochę przesadzają w przewodnikach i folderach, że to taka enklawa śródziemnomorskiej aury na Bałtyku. Z drugiej strony, pogodowa statystyka wykazuje wyraźną przewagę Bornholmu nad Świnoujściem (skąd w pięć godzin można tu dopłynąć), Ustką (już tylko dwie i pół godziny), czy Łebą. Piasek na Dueodde jest fantastycznie miałki, ale do budowy plażowych zamków się nie nadaje. Dzieci mogą być tym zawiedzione. Za to biegać po nim, tarzać się w nim albo i obsypywać można do woli. Potem trzeba się jednak go pozbyć, a to już stanowi wyzwanie. Wracamy na parking, a słynny drobniutki piaseczek przesypuje się w każdym zakamarku jak w klepsydrze. Miarka jest taka: jeśli kieszeń jest już pusta, to za następnym krzakiem wyłonią się samochody...

SŁOŃCE NAD SVANEKE

GDZIE TE TŁUMY?

Pojechałem na Bornholm drogą dość nietypową, bo przez niemiecką wyspę Rugię i dalej promem z Sassnitz do Ronne. Prom potężny, znacznie większy niż nasz ze Świnoujścia, a kursuje trzy razy częściej. Mimo to udało mi się wjechać dopiero na trzeci, a podobno i tak miałem szczęście, bo bez rezerwacji można czekać i tydzień. Promy wypełnione po brzegi – ludzie, rowery, samochody. Zjeżdżają się ludziska z Niemiec, Polski, Szwecji i Danii, a wyspa nieduża, niewiele większa niż aglomeracja Warszawy. I co? I pusto! Żywa zawartość promów wysypuje się w Ronne albo Nexo i cudownym sposobem rozpływa na wyspie, nie wchodząc sobie więcej w drogę. Nawet samochody z obcymi rejestracjami, choć przypływają ich pełne ładownie promów, stanowią wyraźną mniejszość na raczej pustawych szosach przecinających i okalających wyspę. Jest oczywiście kilka żelaznych punktów każdej wycieczki i tam robi się rojno. Wspominając te miejsca z perspektywy czasu myślę, że nie straciłbym nic omijając je z daleka, a poprzestając na kontemplowaniu uroków miejsc bardziej zacisznych. A więc, drodzy Państwo, nie będę tu reklamował samego Ronne, połączonego miasteczka Sandvig-Allinge, czy ruin ogromnej twierdzy Hammershus, choć to miejsca bez wątpienia piękne i dyskryminować ich nie powinienem. Po prostu do mojej wizji Bornholmu nie pasują. Idąc dalej tą śliską ścieżką subiektywnej oceny mógłbym, zniechęcony nadmierną ich promocją na każdym kroku, wykreślić też z mojego obrazu wyspy tysiącletnie, świecące z oddali białymi murami kościoły rotundowe, budowle naprawdę piękne i unikatowe. Na szczęście zachowały się na Bornholmie w liczbie czterech, więc przy żadnym nie spotkałem więcej niż dziesięciu obcokrajowców na raz, choć był to sam środek sezonu. Do tej pory nie wiem, gdzie podziały się tłumy z promów!

OAZA NA BAŁTYKU

Żyje się tu kolorowo. Jakby ludzie mieli potrzebę obcowania z kolorem. Jak w Prowansji albo Toskanii. Ochra miesza się bielą, pastelowa zieleń z barwą saharyjskiego piasku. Wszystko na małej wyspie rzuconej w płytkie wody chłodnawego raczej Bałtyku, a nie w pobliżu francuskiej riwiery. Do tego bogactwo kwiatów w starannie utrzymanych ogródkach. I kolory szklanych, cynowych, mosiężnych lub drewnianych durnostojek w oknach – minimuzea wszystkiego, co gospodarze zmieszczą na parapetach, zestawione jednak ze smakiem i w doskonałym porządku. Szarość bije tylko z ulicznego bruku. Bo już kamienie spinające większą część wybrzeża, choć same w sobie szare, to obrośnięte są mozaiką żółtych, czerwonych i brązowych porostów. Do tego o każdej porze dnia mienią się w inny sposób. Tak jak domy w nadbrzeżnym Svaneke. Kolory tego miasteczka są najżywsze i najprawdziwsze. W Ronne, stolicy wyspy, też są wielobarwne uliczki, ale snując się wśród nich miałem poczucie nienaturalnego blichtru, wyglądu utrzymywanego bardziej dla turystów niż z tradycji. Okolica najmniejszego domu na wyspie, właśnie w Ronne, jakby domku krasnoludków, wciśniętego pomiędzy niewiele większe domy ludzi, sprawia wrażenie skansenu. Czasem tylko przejedzie rowerzysta. W Svaneke kolory są jakby prawdziwsze. Turyści rzadko wychodzą poza port i deptak wzdłuż nabrzeża, więc nie ma po co malować ścian na pokaz. Odważne zestawienia kolorów zdobią osiemnastowieczne domy. Odrestaurowane z pietyzmem skrzynki na listy konkurują z okuciami drzwi, tworząc jednak spójną całość. Detale malarskich fantazji właściciela bezbłędnie korespondują ze sobą: futryna z dachem, okiennica z kwiatami w skrzynce, ściana z niebem. I wszystkie te kolory poprzecinane ukośnymi belkami pruskiego muru, ale nie takiego jak w Niemczech – solidnego, równego i tworzącego biało-czarną szachownicę. Mur bornholmski jest radosny i nieprzewidywalny.

JEGO WYSOKOŚĆ b

Wszystko, co najlepsze na Bornholmie, związane jest z morzem. Nawet słońce, którego jest tu wyjątkowo dużo jak na bałtycko-szarą rzeczywistość, bez morza byłoby tylko ozdóbką do kiczowatych landszaftów. Jest też pewien rodzaj słońca nie mający wprawdzie z nim samym nic wspólnego, za to będący na wyspie wszechobecny. To słońce nad... i tu następuje wyliczanka uzależniona od miejsca, gdzie akurat siedzimy. Najsłynniejsze jest słońce nad Gudhjem. Co to za słońce? To śledziowe słońce, a właściwie rybka świeżo uwędzona na kolor zachodzącego kręgu. Czym różni się śledź bornholmer od helskiego? Według mnie głównie PR-em. Samo zwierzątko należy do tego samego gatunku i pływa w tym samym morzu. Że podawane jeszcze ciepłe z rzodkiewką i żółtkiem? Cóż, nigdy nie twierdziłem, że rybacy i restauratorzy po naszej stronie Bałtyku grzeszą nadmierną fantazją. Bornholmczycy w każdym razie, choć lud to bardziej północny i według naszych stereotypów pozbawiony w związku z tym ikry, dodając do wędzonego śledzika parę dodatków, uczynili zeń atrakcję na skalę europejską. A na Helu ciągle te same, nudne flądry... Zanim słońce nad Bornholmem (to produkt bardziej eksportowy; w każdym porcie jest inne słońce nad...) trafi na papierowy czy porcelanowy talerz (różnica 20-30 koron), wędzi się na oczach turystycznej gawiedzi w pięknych budynkach z kominami przypominającymi dostojny parostatek. Widać je w każdym porcie na Bornholmie, więc stanowią najlepszy punkt orientacyjny. Zresztą nie tylko sam widok jest przyjemny dla zmysłów, lecz i miła woń wędzonej ryby przyciąga nader skutecznie po spacerze wzdłuż nadmorskich skał. Do tego piwko i świeża bułka - słońce nad Bornholmem świeci w pełnej krasie. Można wracać na plażę.

PLAN PODRÓŻY

DZIEŃ 1

Rønne - Allinge (przez Hasle, Helligpeder, Teglkås, Jons Kapel, Vang i Hammershus); długość trasy: 25 km

DZIEŃ 2

Allinge - Svaneke (przez Sandkås, Tejn, Helligdommen, Gudhjem, Melsted i Listed); długość trasy: 30 km

DZIEŃ 3

Svaneke - Rønne (przez Årsdale, Nexø, Snogebæk, Dueodde i Arnager); długość trasy: 50 km