RAZEM PRZEZ KONTYNENTY

Urodzeni by podróżować, razem już od 19 lat. Odwiedzili ponad 50 krajów. Wszystko co robią w życiu, robią z myślą o wspólnych podróżach. Bez nich nie mogliby już żyć.

02.10.2017

AUTOSTOP

Dzisiaj będzie o autostopie.

Zacząłem jeździć w czasach, gdy o BlaBlaCar’ze jeszcze nikomu się nie śniło. W zamierzchłych latach 90-tych.

Wyróżniałem wtedy dwa typy ludzi zatrzymujących samochody: autostopowicze i „jeżdżący okazją“. Ci pierwsi robili to dla frajdy podróżowania, mieli opracowane patenty na skuteczne jeżdżenie, nie oferowali pieniędzy, ale starali się wynagrodzić gościnność na pokładzie ciekawą pogawędką. Ci drudzy szukali po prostu tańszej wersji płatnego autobusu.

Wyjazd autostopowy zaczynał się zawsze podobnie – dojeżdżaliśmy pociągiem do granicy polsko- lub czesko-niemieckiej i od razu zaczynaliśmy szukać chętnego do zabrania studentów na ich wielką wyprawę wakacyjną. Choć kawałek. Po Polsce łapanie stopa nie mało sensu z dwóch powodów: ówczesny brak autostrad i względnie tanie pociągi.

Zasadą numer jeden autostopu było: tylko barany stoją z kartką przy drodze, licząc, że ktoś ich zabierze. Skuteczność podła, bo kierowca ma w takiej sytuacji sekundy, żeby zauważyć pacjenta, odczytać miasto, podjąć decyzję i w miarę bezpiecznie się zatrzymać. Nawet przy dobrej woli, trudne. „Zaawansowany“ autostopowicz posługuje się zagrywką psychologiczną: zagaduje kierowcę podczas tankowania na autostradowej stacji. Tamten idzie zapłacić, po drodze rozważa za i przeciw, i wracając do samochodu często z uśmiechem już zaprasza do samochodu.

Niemcy często powtarzali, że u nich autostop już prawie nie działa, że wszyscy się boją zabierać. W naszym odczuciu było dokładnie odwrotnie: mnóstwo miłych i uczynnych ludzi jeżdżących na długich dystansach we wszelkich kierunkach.

Władaliśmy wtedy już całkiem nieźle niemieckim, więc w trakcie rozmów często kierowcy nabierali do nas takiego zaufania czy sympatii, że nie raz podwózka była sporo dalsza niż na początku obiecana. Czasem zasponsorowane jakieś jedzonko, a nawet nocleg na przydomowym trawniku czy podłodze w domu. Podobnie dobrze jeździło się we Francji czy Włoszech. Nieco gorzej w Skandynawii, gdzie punktem, którego nie udało się przekroczyć było norweskie Lillehammer. Pół roku później miały odbyć się tam Igrzyska Zimowe, więc miasto było już odpowiednio udekorowane. Tyle, że dalej na północ, w stronę Trondheim czy Nordkappu jechali tylko załadowani po sufit turyści. Nie było szansy się zabrać. Na noc rozbiliśmy więc namiot na kawałku trawy na pustym placu na obrzeżach miasteczka. Jakie było nasze zdziwienie, gdy rano okazało się, że jesteśmy kompletnie obstawieni setkami samochodów. Tak samo zdziwieni byli pracownicy dużego centrum spedycyjnego - ktoś rozbił namiot na środku ich firmowego parkingu...

Noclegi w trasie z reguły były improwizowane i najczęściej sprowadzały się do rozbicia namiotu w jakimś miarę zacisznym zakątku przyautostradowego MOPa. Przez parę lat takiego jeżdżenia nikt nam tego nie zabronił. Z jednym wyjątkiem – pod Kopenhagą. Ale wtedy na dobre to wyszło, bo ewakuacyjna podwózka skończyła się w pobliskiej stadninie. W komfortowych warunkach i z kolacją.

Autostop uczy też przełamywania barier i otwarcia na nowe rozwiązania. Nie raz gotowaliśmy kolację gdzieś na chodniku, albo bez żenady myliśmy nogi w umywalce w publicznej toalecie.

Do dziś wspominam nocleg na placu przy dworcu w Wenecji. Już wtedy to było zakazane, co nie przeszkodziło rozłożyć się tam całej masie plecakowiczów na karimatach. Około północy przyszła policja i kazała się zbierać. Wtedy setka zaspanych zjaw, ciągnących za sobą śpiwory, przemaszerowała na drugą stronę Canale Grande i przytuliwszy się do siebie mocniej na o połowę mniejszej powierzchni, smacznie zasnęła. Udało się tak dotrwać do 6 rano, gdy po głowach zaczęli deptać pierwsi turyści. Te powyższe historie pochodzą z moich czasów studenckich. Ale są i nowsze. Choćby jak ta sprzed kilku lat z Irlandii. Wybraliśmy się z Wiolką na wycieczkę w góry Wicklow. Autobus nam uciekł i wpadliśmy w jakąś transportową dziurę. Wtedy obudziła się we mnie dawna autostopowa żyłka. Zero przygotowania, kciuk w górę i już jedziemy. Najpierw jakimś cywilnym autem, a potem, już pod bramę Wicklow Mountains National Park w landroverze rangerki tegoż parku.

Był też autostop podczas najnowszej, w październiku 2016, wyprawy do Iranu.

Wydawałoby się, że pomysł jazdy autostopem w kraju ajatollahów zakrawa na szaleństwo. Irańczycy zresztą sami tego raczej nie praktykują. Jeżdżą albo autobusami, albo zbiorczymi taksówkami międzymiastowymi - savari. No, ale jak w perspektywie jest czekanie w upale gdzieś w Sarjaździe 5 godzin na najbliższy autobus to od czego nadwiślańska zaradność? Wychodzimy całą czwórką na szosę, rzucamy plecaki na pobocze i machamy. Tu nie ma miejsca na bardziej wyrafinowane techniki. Ale i te proste działają. Po dosłownie paru minutach zatrzymuje się pierwszy samochód ... i prawie jednocześnie drugi. Chwila grupowych ustaleń o co w ogóle nam chodzi, potem „ręką i mapą“ dokąd chcemy jechać i pierwsza dwójka ładuje się do kabiny. Niedługo potem i my już jedziemy. Mając irańskie karty SIM w komórkach na bieżąco koodynujemy nasz 220–km przejazd i trafiamy na stację w Szachr-e Babak, skąd ma zabrać nas kierowca przysłany przez właścicieli jaskiniowego pensjonatu w Meymand.

Następnego dnia dogrywka z autostopu. Autobusy do Bandar-e Abbas mają kiepskie z naszej perspektywy godziny odjazdu i znowu próbujemy szczęścia na drodze. Pierwszy zatrzymuje się TIR. Okazał się jednocześnie szczęściem i pechem. Nasi współtowarzysze podróży dojechali nim prawie do celu wyznaczonego na ten dzień czyli Bandar-e Abbas. Ponad 450 km. Tyle, że tempo jazdy było absolutnie żółwie.

My z Wiolką zabawiliśmy w punkcie startu jeszcze pół godziny, zanim zabrał nas nieco rozklekotany paykan. Jego kierowca nie do końca zrozumiał nasze intencje i wysadził nas na dworcu autobusowym w Sirjanie. W 1/3 drogi. Tu znowu autobus miał być za parę godzin, więc postanowiliśmy spróbować nowego środka transportu czyli savari.

Z reguły grupują się na obszernych rondach przy wyjeździe z miast. Tak było i tym razem. Na własnej skórze odczuliśmy irańskie zwyczaje co do usadzenia się w takim pojeździe. Okazało się, że kobieta nie może usiąść obok niespokrewnionego mężczyzny, w tym kierowcy. Oprócz nas pojawił się jeszcze jakiś młody koleś i dziewczyna. Chwila namysłu i zasiedliśmy tak: z przodu, obok kierowcy ten koleś, a na tylnej kanapie kolejno ja, Wiolka i dziewczyna. To zresztą była jedyna możliwa konfiguracja. Tyle, że Wiolka siedziała parę godzin na najmniej wygodnym środkowym miejscu, co wypomina po dziś dzień. Tak czy inaczej my dojechaliśmy do celu całkiem sprawnie, nasi kompanioni doturlali się jakieś 2 godziny poźniej. Akurat, żeby zdążyć na ostatni prom na Keszm.