RAZEM PRZEZ KONTYNENTY

Urodzeni by podróżować, razem już od 19 lat. Odwiedzili ponad 50 krajów. Wszystko co robią w życiu, robią z myślą o wspólnych podróżach. Bez nich nie mogliby już żyć.

06-09-2017

LUBIĘ JEŹDZIĆ SAMOCHODEM

Lubię jeździć samochodem. Lubię zwiedzać obce kraje.

Opowiem Wam o jeżdżeniu autem w różnych dziwnych krajach.

Zaczęło się już dobre dwadzieścia lat temu na obozie młodzieżowym we Fryzji Wschodniej. (Nota bene to taki niemiecki Wąchock – obiekt setek dowcipów). W środku nocnej, wyjazdowej imprezy opiekujący się międzynarodowym towarzystwem miejscowi stwierdzili, że chyba za dużo wypili, żeby nas z powrotem zawieźć i padło pełne nadziei pytanie: Wer hat das Fuehreschein? Tak się jakoś złożyło, że miałem to prawo jazdy i byłem w stanie zgodnie z prawem prowadzić. Tyle, że to zadanie miało kilka schodków do pokonania: pierwszy raz za granicą za kierownicą, nie za bardzo pamiętałem drogę, citroen BX jakoś inaczej jest zbudowany niż znany mi wtedy maluch, auto pełne rozbawionego towarzystwa, a do jakby tego było mało to dokładnie w tym momencie pojawiła się tak gęsta mgła, że ledwo widziałem maskę prowadzonego BXa... Po pierwszym kursie okazało się, że trzeba zrobić jeszcze drugi, po którym pomyślałem sobie: mawiają Co cię nie zabije to cię wzmocni. Jesteś Mocarzem :)

Niewiele lat później, podczas autostopu w Szwecji, zabierający mnie kierowca od razu zapytał czy mam prawo jazdy. Stwierdził, że jest na tyle zmęczony, że to ja mam siąść za kółkiem jego volvo z automatyczną skrzynią i obudzić go za dwie godziny. Pojechałem zatem i automatem.

Do kompletu brakowało mi jeszcze tylko przejażdżki po drogach na Wyspach Brytyjskich. Okazało się to w sumie nie tak skomplikowane, jakby mogło się wydawać. Wystarczy jechać za poprzedzającym autem i zmusić swój buntujący się mózg do zaakceptowania faktu, że na rondzie jeździ się w prawo a nie lewo, jak u nas. A, i jeszcze trzeba poćwiczyć lewą rękę w jednoczesnej obsłudze kierunkowskazu i lewarka biegów. Przed zakrętem, gdzie trzeba zredukować bieg naprawdę nie wiadomo za co najpierw chwycić.

Tak wyposażony w wiedzę zacząłem jeździć po bardziej dalekich i egzotycznych krajach. Przy czym zaznaczam – nie uważam za takie Ukrainy, Albanii czy Turcji. Kto pojeździł w Warszawie w godzinach szczytu oraz uzna prymat zdrowego rozsądku i daleko posuniętej elastyczności nad sztywnym stosowaniem przepisów doskonale sobie i tam poradzi. Gruzja to nieco wyższy stopień trudności, bo wyprzedzanie „na piątego“ na zwykłej jednopasmowej drodze w wykonaniu mikrobusu z pasażerami jest na porządku dziennym.

Moja Wiolka, jak tylko może, zabiera mi kółko bo uwielbia prowadzić bryki. Jesteśmy nietypowym małżeństwem. U nas nie ma sporu: „kto dziś pije“, tylko „kto dziś prowadzi“.

No to jedziemy z egzotyką – na pierwszy rzut Kuba. Byliśmy tam z grupą znajomych i na trzy wypożyczone auta. Pozostałych dwóch kierowców to istni wariaci. Nauczyłem się przy nich jazdy na zderzaku przy 140 km/h. To przesunęło moją barierę strachu. Ale jak chce się objechać całą wyspę w dwa tygodnie i coś jeszcze przy tym zobaczyć to nie ma rady. Ofiar nie było, poza jedną rozjechaną przeze mnie kurą.

Zapłaciłem też mandat za wyprzedzanie... traktora. Pusta droga, wokół pola, setny wyprzedzany tego dnia pojazd jeżdżący (a jeździ tam wszystko co ma choć jedno koło, czasem w poprzek jezdni albo pod prąd), a za krzakiem policjant w skórach i na motocyklu. Wyglądał jak z jakiegoś amerykańskiego filmu i twierdził, że na jezdni jest ciągła linia. Przyjrzałem się i rzeczywiście była, ale chyba za czasów dyktatora Batisty... Z Władzą jednak się nie dyskutuje i 15 USD zostało urzędowo dopisane do mojego kontraktu na wynajem auta. Na koniec zostałem jeszcze objechany za jazdę na światłach. To przecież taka niezrozumiała rozrzutność na Wyspie Wiecznych Braków.

Skoro jesteśmy na zachodniej półkuli to jeszcze zajrzymy do Chile. Tamtejsza jazda w ogóle nie była planowana, ale skoro wszystkie autobusy z Punta Arenas do Torres del Paine były wyprzedane na dwa dni do przodu, a zarezerwować ich wcześniej online się nie dało to trzeba było sobie jakoś radzić, aby grafik podróży się nie rozleciał. Plan B składał się z autobusu do Puerto Natales i wynajęcia tam samochodu. Firma była jedną z tych o światowej renomie, auto – niekoniecznie. Tzn. jechało do przodu, ale wszystkie „zbędne“ funkcje już dawno nie działały. Włącznie z jednym reflektorem. Po kilku kilometrach świetna betonowa droga zamieniła się jednak w sypiącą kamieniami szutrówkę i wtedy zrozumieliśmy, że taki gruchot jest idealnym pojazdem na takie warunki. Tuż przed dojechaniem do campingu u stóp legendarnych Wież trzeba było przekroczyć strumień. Most, owszem, był, ale jakiś taki wąski, że zastanawiałem się nad złożyć lusterek, aby się zmieścić. Udało się. Jakie było nasze zdziwienie, gdy chwilę potem przez ten sam most przecisnął się jeszcze jakimś cudem dostawczak.

Pojeździłem jeszcze po Etiopii. Sporą część jako pasażer landcruisera prowadzonego przez miejscowego wygę. Po dopiero budowanych wtedy drogach, prawie bez oznakowania i z masą objazdów przez zagrody mijanych wniosek to była jedyna opcja. Co ciekawe – drogi budują tam Japończycy i Chińczycy. I jeśli to byli ci pierwsi to co i rusz było widać jakąś toyotę, jeśli ci drudzy to cała okolicach jeździła na rowerach...

Na odcinek z asfaltową drogą dostaliśmy jednak już samochód do samodzielnej obsługi. Procedura była na maksa uproszczona: kolejnym ledwo żywym nissanem przyjechał koleś i wręczył mi kluczyki. Oczywiste było, że żadnej pisemnej umowy nie będzie, ale na pytanie o dokumenty samochodu i ewentualną kontrolę policyjną usłyszałem, że mam mówić, że dostałem auto od kolegi z Addis Abeby. I już. Nikt się nami po drodze nie zainteresował i dojechaliśmy do gorących źródeł w Wondo Genet. Tam moja żona zapoczątkowała rewolucję obyczajową, ale to już temat na inną opowieść.