RAZEM PRZEZ KONTYNENTY

Urodzeni by podróżować, razem już od 19 lat. Odwiedzili ponad 50 krajów. Wszystko co robią w życiu, robią z myślą o wspólnych podróżach. Bez nich nie mogliby już żyć.

2 sierpnia 2017

PODRÓŻE Z DRESZCZYKIEM

Podróż niesie zawsze ze sobą pewną dozę niepewności, ryzyka czy nawet niebezpieczeństwa. My niespodziewane i czasem niezbyt przyjemne przygody mamy wpisane w koszty. Czasem, jak się na miejscu okazuje, nieco na wyrost. Uwielbiamy przekonywać siebie (i innych) jak błędne bywają stereotypy. Z tego powodu nie uważaliśmy za niebezpieczne wyjazdów do Albanii, Iranu czy Etiopii.

Trzeba się po prostu przygotować, poczytać o mniej bezpiecznych rejonach danego kraju i je omijać. Na przykład w Meksyku nie jeździ się na północ, pod granicę z USA. Nie ma nic ciekawego do zobaczenia, a strzelaniny między policją a wszelkiego rodzaju przemytnikami są na porządku dziennym. Nie chodzi się po bocznych uliczkach w Bukareszcie, jeśli się nie lubi watah półdzikich psów. W wielu krajach nie fotografuje się nie tylko instalacji wojskowych, ale i też samych mundurowych. Albo mostów, jak w Etiopii.Strachem na wyrost okazała się kwestia „morderczych taksówek“ w boliwijskim La Paz. W mediach opisywano mrożące krew w żyłach historie porwań zagranicznych turystów przez fałszywych taksówkarzy, rabunki i nawet morderstwa. Z taką wizją i z duszą na ramieniu wysiadaliśmy z autobusu na jakimś placu na przedmieściach tego miasta. Rzeczywistość spłatała nam figla: po kilku krokach zostaliśmy wyłowieni z tłumu przyjezdnych przez miejscowych policjantów. Dopytali się dokąd chcemy jechać, wybrali jedną ze stojących obok taksówek, wylegitymowali kierowcę i wsadzając nas do pojazdu życzyli miłego pobytu.

Inna, już bardziej widowiskowa historia przydarzyła się nam w Gruzji.
Kolacja w winiarni w Signagi zapowiadała się całkiem przyjemnie. Trochę dyskutowaliśmy z jej właścicielem na temat win gruzińskich i różnic między winem tradycyjnym a eksportowym. Stolik w drugim końcu sali cały czas był dość głośny, ale w pewnym momencie dały się stamtąd słyszeć i krzyki. Właściciel knajpy podążył w tamtym kierunku uspokajając nas, że to normalne i zaraz się uspokoją. Nic z tych rzeczy. Harmider był coraz większy, a do wrzasków dołączyły i rękoczyny. Z kuchni wybiegła jakaś kobieta, żeby rozdzielić okładających się pięściami facetów. Dostała fangę prosto w nos i... zaczęły latać krzesła. Mając w tej chwili już zapłacony rachunek zaczęliśmy się chyłkiem wycofywać na z góry upatrzone pozycje poza lokalem. Wyszliśmy niezauważeni. Ale to jeszcze nie koniec tej historii. Po przejściu parudziesięciu kroków Wiolka stwierdziła, że zapomniała czapki i musi się po nią wrócić. Weszła do restauracji sama i wzięła czapkę, choć dookoła nadal trwała bójka. Właściciel ją zauważył i tylko puścił do niej oko.

Najgroźniejsza była przygoda w Addis Abebie.
W ogóle zaczęło się źle, bo na lotnisku zaginął plecak Adama. Szukał go wszędzie, łącznie z zapleczem, gdzie bagażowi przeładowują walizki z wózków na taśmociągi. Nie było go nigdzie, a przed nami ponad dwa tygodnie wędrowania po Afryce...
Po dotarciu do naszego przydworcowego hoteliku w takich dość podłych nastrojach ruszyliśmy w miasto na zakupy spożywcze. Sklep nie był daleko, ale w międzyczasie zdążył zapaść zmrok. Etiopia leży prawie na równiku, dlatego dzień trwa ok. 12 godzin, a słońce wschodzi i zachodzi w kwadrans. W drodze powrotnej musieliśmy przedrzeć się przez obstawioną straganami strefę mikrobusów z naganiaczami. Wtedy... ale tu oddajmy głos Wiolce: Przeciskamy się przez tłum ludzi czekających na busy. Adaś idzie z plecakiem pełnym zakupów przede mną. Nagle widzę jak łapie go za rękę gość i ciągnie w stronę jednego z busów. Robię większy krok do przodu, aby odgonić mężczyznę, ale w tym samym momencie czuję żelazny uścisk na swoim ramieniu. Drugi napastnik ciągnie mnie do tyłu, aby rozdzielić mnie i mojego męża. Dlatego staram się obserwować, co się dzieje z przodu, aby nie stracić Adama z oczu. Wykręcam rękę mojego napastnika wokół mojej blokowanej ręki i wyrywam się, ale tylko na chwilę bo sekundę potem czuję kolejny żelazny zacisk na moim bicepsie. W tym samym czasie z drugiej strony Adama pojawia się trzeci rzezimieszek i sprawdza mu kieszenie w spodniach. Adam próbuje odpędzić obu swoich napastników. Myślę trzeźwo. Napastnicy nie mają broni. Działają poprzez zaskoczenie. Myślą, że jestem białą paniusią, którą sparaliżuje strach, a jest zupełnie odwrotnie. Nie jestem typem ofiary. Analiza sytuacji trwa sekundy. Teraz ja zaskoczę mojego napastnika. Po pierwsze bezpośredni kontakt wzrokowy. Patrzę w oczy mojego agresora bazyliszkowym spojrzeniem. Po drugie harczącym, basowym i donośnym głosem wypuszczam z siebie najbardziej niecenzuralną wiązankę słów „po łacinie“ jaka kiedykolwiek wyszła z moich ust. Po trzecie jeszcze raz wykręcam rękę rabusia wokół mojej ręki. Wszystko powyższe robię jednocześnie. Etiopski zbój ze zdziwieniem w oczach wykrzykuje w tłumie kilka zdań w swoim języku. Chwilę później odstępuje ode mnie, a pozostali dwaj napastnicy od Adama. A my oboje bardzo, ale to bardzo sprężystym krokiem oddalamy się w stronę naszego hotelu. Koniec końców nic się nie stało. To znaczy nie okradziono nas. Pozostałe dwa tygodnie w Etiopii były boskie, a wyprawa tam jest jedną z naszych podróży życia.

Podsumowaniem niech będzie cytat z Tukidydesa: „Ci, którzy mają jasną wizję tego, co ich czeka, skuteczniej poradzą sobie z każdym zagrożeniem.“