RAZEM PRZEZ KONTYNENTY

Urodzeni by podróżować, razem już od 19 lat. Odwiedzili ponad 50 krajów. Wszystko co robią w życiu, robią z myślą o wspólnych podróżach. Bez nich nie mogliby już żyć.

10-10-2017

PODZIEMNE PRZYGODY CZYLI JASKINIE, KOPALNIE I BUNKRY

Podziemia są stałym punktem w grafiku naszych podróży. I nie tylko dlatego, że oświadczyłem się mojej żonie w Labiryncie Zamku Królewskiego w Budapeszcie. Ja staram się zawsze wejść na najwyższy punkt w okolicy, a Wiolka szuka czegoś ciekawego poniżej gruntu.

W Polsce pewnie już każdy był w Jaskini Raj czy Niedźwiedziej, Kopalni w Wieliczce. Wielu zajrzało do podziemi Rynku w Krakowie albo ... spotkało Ducha Biełucha w Podziemiach Kredowych w Chełmie. Do tego dochodzą nie do końca zbadane korytarze Kompleksu Riese w Górach Sowich czy szereg zabytkowych kopalni na Górnym i Dolnym Śląsku.

Niezwykle ciekawy pod tym względem okazuje się Berlin. Miasto w swej XX-wiecznej historii wielokrotnie potrzebowało schować się pod ziemią. Dlatego pamiątki zarówno z czasów Drugiej, jak i Zimnej Wojny są tam nadzwyczaj liczne. W bunkrze z początku lat 40-tych dowiadujemy się, że w ramach niemieckiego porządku zaciemnienie podczas bombardowania obowiązywało również tam. Aby sobie z tym poradzić ściany malowano farbą fosforową, która po wyłączeniu światła sprawiała, że nadal dawało się w takim pomieszczeniu czytać gazetę. Inną ciekawostką jest tunel szpiegowski, który budowali pod Murem Amerykanie z Berlina Zachodniego, aby się dostać do sowieckiej wojskowej linii telefonicznej. W celu zamaskowania tego tunelu zainstalowali w nim nawet super wydajne chłodzenie – żeby śnieg na powierzchni się nie rozpuścił. Na nic się to nie zdało – Rosjanie mieli dobrych szpiegów i dali się bawić Jankesom w ich piaskownicy do woli.

W rumuńskiej Bukowinie znajdujemy Kopalnię Soli w miejscowości Kaczyka. Duży udział w jej powstaniu pod koniec XVIII wieku mieli górnicy z Bochni. Do dziś jest tam spora Polonia, a drogę prowadzącą do cywilizacji wyremontowano z okazji wizyty prezydenta Kwaśniewskiego, za co cała okolica jest mu do dziś wdzięczna. Sama kopalnia jest rajem dla eksploratorów. Kupuje się bilet i wchodzi po schodkach w dół. Do pewnego momentu jest oświetlenie i oficjalna trasa turystyczna. A potem ... włączamy latarki i ruszamy dalej, odmawiając szybko zdrowaśki, aby nie wpaść do jakiegoś niezabezpieczonego szybu pełnego zardzewiałego żelastwa.

Szukając egzotyki dotarliśmy do Jaskini Solnej położonej w Zatoce Perskiej na irańskiej wyspie Keszm. Cała wyspa pełna jest bajkowych form skalnych.

Samo wejście do jaskini to jeszcze nic nadzwyczajnego, ale chwilę potem okazuje się, że idziemy po soli. Pozostała tu po morzu, które kiedyś miało wyższy poziom. Oczywiście wszystko na czuja i z własnymi czołówkami, bo nie ma tu ani kasy, ani oświetlenia. Na końcu tunelu widzimy półmetrowej wysokości szczelinę tuż nad ziemią i słyszymy głos strażnika, który wziął się nie wiadomo skąd: tam jest jeszcze jedna komnata. Najdrobniejsza z naszej grupy koleżanka zgłasza się na ochotnika: Ja tam wejdę. Po chwili czołgania, gdzieś zza skał pada: Chodźcie, ale tu jest za******cie! I BYŁO. W dodatku można zdobyć nową sprawność – czołganie się po soli w hidżabie.

Osobną kategorią są jaskinie wodne. Po niektórych pływa się łódką, jak w Cueva del Indio na Kubie czy Jaskini Prometeusza pod Kutaisi w Gruzji albo rowerem wodnym, jak w Jaskini Ali Sadr w Iranie. Można też wpław. Aby to zrobić trzeba wyprawić się na Jukatan.

Półwysep podziurawiony jest grotami jak ser szwajcarski. Niektóre są suche, ale większość zawiera w sobie wodę. Te ze sklepieniem nazywane są cenotes; te, gdzie sklepienie już się zapadło: ojos de agua. Miejscowe plemiona Majów czczą cenotes jako miejsca święte. Nic dziwnego – to jedyne źródła słodkiej wody w promieniu setek kilometrów.

My dotarliśmy do Cenotes LabnaHa. To miejsce schowane w jukatańskim lesie, chronione przed nadmiarem turystów oferuje unikalne przeżycia. W środku wioski schodzimy po drewnianej drabinie pod ziemię, gdzie prawie od razu zaczynamy brodzić w płytkiej z początku wodzie. Z każdym krokiem nabieramy pewności, że trzeba będzie płynąć. Parę minut później głębia pod nami ma już kilkanaście metrów, a my płyniemy w maskach przeciskając się przez szersze i węższe tunele. W tym momencie pada komenda przewodnika: gasimy latarki. Człowiek pozostaje w absolutnych ciemnościach pośrodku jaskini. Nie widać absolutnie nic, słychać tylko coraz szybsze oddechy unoszących się w wodzie...