RAZEM PRZEZ KONTYNENTY

Urodzeni by podróżować, razem już od 19 lat. Odwiedzili ponad 50 krajów. Wszystko co robią w życiu, robią z myślą o wspólnych podróżach. Bez nich nie mogliby już żyć.

2017-09-11

POWROTY DO AMERYKI ŁACIŃSKIEJ

Do Ameryki Łacińskiej wyprawialiśmy się cztery razy. Od nieco spóźnionej podróży poślubnej, przez jedną z podróży życia i przez wyprawę na krańce świata, aż po wyjazd do “zbyt cywilizowanego, a przez to nieco nudnego kraju”.

Nasze pierwsze kroki w tej części świata postawiliśmy na karaibskiej wyspie słynącej z tańca i muzyki. Mowa tu o Kubie. Sęk w tym, że jadąc tam myśleliśmy o tej sławie w kategorii mitu. Okazało się, że byliśmy w błędzie. W każdym barze czy restauracji do obiadu czy kolacji przygrywa lokalny kubański zespół. I co? Niespodzianka. Każdy, ale to absolutnie każdy zespół i jego solista lub solistka jest n-i-e-p-r-z-e-c-i-ę-t-n-y. Jak oni to robią, że tak niebiańsko grają i śpiewają? Chyba to geny, słońce i … rum. Jakby tego było mało, przebywając w lokalnym barze w Santiago de Cuba, w którym, a jakże, grała na żywo muzyka i odbywały się do niej tańce, zauważyliśmy przez okno bardzo skromnie odzianego człowieka. Kubańczyk ten ze względu na swój wygląd nie mógł wejść do lokalu, ale to nie przeszkadzało mu tak energetycznie zatańczyć na chodniku, że nasze oczy nie obserwowały tego, co dzieje się w barze tylko to co na jego zewnątrz. To się nazywa – cieszyć się życiem.

Przemierzając Peru śladami Inków nie omieszkaliśmy zorganizować sobie wypadu z przewodnikiem do dżungli. Byliśmy bardzo przejęci tym spotkaniem z naturą w jej najdzikszej formie. Nasz przewodnik prowadził nas przez pola uprawne aż weszliśmy w amazoński las. Tam przez większą część drogi maszerowaliśmy środkiem strumienia, idąc w wodzie momentami po pas. Zwieńczeniem tego mokrego marszu przez dżunglę była kaskada, u stóp której można się było wykąpać. Ale jakież było nasze zdziwienie kiedy okazało się, że drogę powrotną przemierzymy zaroślami, ponad brzegiem strumienia czyli na sucho. Nasz peruwiański przewodnik specjalnie “podrasował” trasę przejścia, aby udzielił się nam dreszczyk emocji. Nieudawany dreszczyk emocji to ja miałam, jak na skałach, obok których przechodziliśmy zobaczyłam wielkiego pająka.

W Brazylii spodziewaliśmy się mieć problemy w komunikacją z miejscowymi. My nie znamy portugalskiego, Brazylijczycy słabo znają angielski i nie zawsze pomaga nam nasz hiszpański. Dlatego nastawiliśmy się na język gestów i swoje doświadczenie podróżne. I tu ponownie doznaliśmy pozytywnego zaskoczenia, jak na przykład w metrze w São Paulo. Na tę okoliczność uknuliśmy tezę: Jeśli jesteś białym turystą, a wokół ciebie jest 100 Brazylijczyków i jeśli wśród tych Brazylijczyków tylko jeden mówi po angielsku, to ten jeden podejdzie do ciebie sam i zapyta się: Can I help you? Nawet jeśli w danej chwili nie potrzebujesz pomocy on w ten sposób da ci znać, że możesz na niego liczyć. Wow!

Najfajniejsze są spotkania przypadkowe, kiedy idziesz sobie na przykład tak jak my ulicą Buenos Aires i nagle słyszysz dźwięki muzyki. Idziemy w jej kierunku. Przed naszymi oczami pojawia się niezwykły obrazek – argentyński zespół gra pod wiaduktem i to gra tak, że praktycznie każdy kto ich mija, przystaje. Zespół nazywa się Hormigas Negras (hisz. Czarne Mrówki). Gra mieszankę rocka, cumbii i miejskiego fusion. Pod koniec ich streetowego koncertu zakupiliśmy dwie ich płyty, których słuchamy do dziś.

W kwestii wystąpień publicznych mieszkańcy Iberoameryki biją nas na głowę. Widzieliśmy tylu zwykłych ludzi, którzy przemawiali publicznie jak rasowi mówcy. Za przykład niech posłużą autokarowi sprzedawcy z Meksyku. Są to sprzedawcy, którzy wsiadają i wysiadają w dziwnych miejscach, gdzieś poza początkiem i końcem podróży z miasta A do miasta B. Kierowca autobusu zatrzymuje się, oni wsiadają i zaczyna się spektakl. Donośnym głosem, na cały autobus, zachwalają towar, który mają do sprzedania. Nieważne czy są to różańce czy ilustrowane książki dla dzieci czy kosmetyki albo inne „precjoza”. W każdym razie powinieneś odczuć, że jest to najlepszy towar na świecie. Robią to fachowo. Najpierw jest gest, potem słowo. Gest jest często przeegzaltowany, pełen latynoskiej ekspresji. Słowo jest nacechowane emocją, wyartykułowane głośno, z odpowiednią intonacją. Nigdy nic nie kupiliśmy od takiego sprzedawcy, ale zawsze byliśmy pod wrażeniem. Czy oni tego uczą się w szkołach?

Kiedy myślimy o Ameryce Łacińskiej to na naszych ustach maluje się uśmiech. Jesteśmy gotowi wrócić tam w każdej chwili. Dlaczego? Bo tylko tam, niezależnie od statusu społecznego czy zasobności portfela, ludzie uśmiechają się, pozdrawiają nieznajomych swoim „Hola”. Po prostu afirmują życie.