RAZEM PRZEZ KONTYNENTY

Urodzeni by podróżować, razem już od 19 lat. Odwiedzili ponad 50 krajów. Wszystko co robią w życiu, robią z myślą o wspólnych podróżach. Bez nich nie mogliby już żyć.

10 sierpnia 2017

WODOSPADY TRZECH KONTYNENTÓW

Każdy z nas chyba widział Wodogrzmoty Mickiewicza po drodze na Morskie Oko, wielu obejrzało wodospady Jezior Plitwickich, wśród nich Veliki Slap. Bez wątpienia wszyscy słyszeli o Niagarze.

My, chodząc jak zwykle, swoimi szlakami, podczas ostatniej majówki dotarliśmy do miejsca, gdzie do 1945 znajdowała się miejscowość Czerwonogród. Nie chodzi bynajmniej o położone tuż za naszą wschodnią granicą górnicze miasto zwane dawniej Krystynopolem, ale o odległe o kolejne 300 km na południowy-wschód ruiny Zamku Czerwonogrodzkiego. Tuż obok znajduje się najwyższy nizinny wodospad zachodniej Ukrainy: kaskada Dżurynu.

Bardzo emocjonujący może okazać się spacer po Słowackim Raju. Niby nieduże górki, odwiedzane przez wielu turystów, łatwizna. Ale na miejscu czekają pionowo ustawione wysokie drabiny, mokre mostki bez poręczy z rzadko rozstawionymi szczebelkami, przeciskanie się wąskimi wąwozami. Jako wisienka na tym torcie jawią się metalowe, nieco rachityczne, pomosty przyklejone do skalnej ściany kilka metrów nad żwawym nurtem Hornadu.

Na wszelkich listach wodospadowych przebojów z reguły na czołowych miejscach znajdujemy wodospady Iguazú. Położone na brazylijsko-argentyńskim pograniczu czerpią swe wody z rzeki Iguaçu (tak też po portugalsku nazywają się same wodospady), która na skraju płaskowyżu spada w dół ponad 80-metrową kaskadą. Ich najbardziej widowiskową częścią jest Garganta del Diablo. Tak naprawdę mówimy o wielu wodospadach, które ciągną się ponad 2 km. Aby je zwiedzić potrzebne są dwa pełne dni, po jednym na każdą stronę granicy. Różnice między nimi są zasadnicze. Ze strony brazylijskiej podchodzimy do Diabelskiej Gardzieli od dołu. Stąd jest najlepszy i najszerszy widok. W powietrzu tysiące drobin wody skrzą się w słońcu, a mokrzy zwiedzający wydają okrzyki zachwytu pomieszanego z nieco udawanym zaskoczeniem. Argentyna, oferując trasy wśród dżungli na dwóch poziomach, pozwala spojrzeć na wodospad z góry. Nad krawędź płaskowyżu dochodzi się bardzo długim pomostem, rozpiętym nad kolejnymi odnogami rzeki. Obok ruiny poprzedniego pomostu, zerwanego przez powódź, a dziś służącego za chronione miejsca lęgowe ptactwa. Odmienne jest też podejście władz obydwu krajów do samego pomysłu na wykorzystanie tej atrakcji przyrodniczej. Argentyńczycy są bardzo eko. Widać dbałość o ochronę okolicznej przyrody, do pomostów dojeżdża się pociągiem na gaz. Brazylijczycy z kolei widzą w tym przede wszystkim dobry biznes. Helikoptery z lotami widokowymi, widowiska światło i dźwięk, sporo szumu medialnego. To wszystko wkurza sąsiadów i raz na jakiś czas służby dyplomatyczne obydwu krajów mają co robić. Tylko szwendające się wszędzie coati czyli ostronosy mają to gdzieś...

Odkryciem dla nas jest Wyspa San Martin. Leży nieco poniżej Gardzieli, ma swój własny wodospad: Salto San Martin i niedużą, kamienistą plażę. Wylegiwanie się w płytkiej wodzie u stóp Wodospadów Iguazú pozostaje na długo miłym wspomnieniem.

I jeszcze o jednym nieco mniej oczywistym miejscu. Podróżując po jedynym afrykańskim kraju, który nigdy nie stał się kolonią czyli po Etiopii dotarliśmy do „Wody która dymi". To wodospady Tys Yssat na Nilu Błękitnym. Tu spotkało nas pewne rozczarowanie. Sam Nil jest w tym miejscu już w miarę dużą rzeką, a kaskada ma ponad 40 m. Tyle, że jakiś czas temu niedaleko zbudowano elektrownię wodną, do której w porze suchej przekazywana jest większość wody, a wodospady zamierają.

PS. I już wiemy, że staniemy na głowie, żeby zobaczyć Salto Ángel w Wenezueli.